środa, 5 września 2012

3.Tyle pytań, zero odpowiedzi.


[Demi]
-Więc mam dla was parę wiadomości. Niekoniecznie dobre. Więc Demi, twoją nogę czeka operacja…- powiedział a mnie przeszły dreszcze na samo słowo „operacja” ciocia ścisnęła mocniej moją rękę i z cierpliwością czekała na kolejne słowa lekarza. Niepokoją mnie także twoje wyniki badań. Dla pewności zrobimy nowe.
-A ile jeszcze tutaj będę musiała siedzieć?- zapytałam wyraźnie zdołowana faktem iż nie zanosi się na to żebym w szybkim czasie została wypisana.
-Z tym to ja bym się nie śpieszył. Jeszcze wiele przed tobą. W ogóle to cud że jeszcze żyjesz. –powiedział i wyszedł. Nie zamknął jeszcze dobrze drzwi a do sali wparowali moi przyjaciele.
-I co? Jakie wieści? Pozytywne? Hmmm…? Powiedzcie że pozytywne. Wszystko dobrze tak? –pytała się mnie i cioci Selena, nakręcając się coraz bardziej z każdym pytaniem. Co ja mam im teraz powiedzieć!? Popatrzyłam znacząco na ciocię żeby czasem nic nie mówiła o operacji i moim stanem zdrowia. No wiem że łatwo się domyślić że nie jest dobrze ponieważ nawet ciężko mi rękę podnieść i mówię cichym i zachrypniętym głosem, więc nie sądzę żeby myśleli że ze mną wszystko dobrze, chociaż w ich przypadku to trochę możliwe. Ehhhh… moi głuptoki J  
-Wszystko dobrze. – powiedziałam patrząc tępo w sufit.
-To wspaniale! – krzyknęła Selena, a ciocia od razu skarciła ją za jej „głośne” zachowanie. Mi tam ona nie przeszkadza, wszystko mnie i tak boli, więc jak parę razy moja przyjaciółka powrzeszczy to nie odczuję wielkiej różnicy… Dopiero po minucie byłam w stanie popatrzeć na najbliższe mi, albo jakbym to lepiej ujęła jedyne kochające mnie osoby, które właśnie okłamałam.  Normalnie żyć nie umierać. Czy to sarkastyczne przysłowie nie jest zbyt bliskie teraźniejszemu tematowi mojego życia? Ale wracając do sedna sprawy. W ich oczach widziałam małe bo małe, ale zawsze jakieś iskierki szczęścia. Może dobrze zrobiłam?
-No miło było ale niestety Demi muszę iść do pracy. I tak już szef jest na mnie nieźle wkurzony. Przepraszam skarbie. Poradzicie sobie beze mnie?
-Oczywiście.- powiedzieli chórem a ja tylko przytaknęłam gdyż nie miałam już siły na najmniejsze słowo. Co prawda czuje się okropnie. Ból rozwala mnie od środka, lecz mimo wszystko staram się by na zewnątrz było wszystko w porządku. Nawet nie wiem dlaczego. Męczę się tym jeszcze bardziej. Mama pewnie by powiedziała swoje słynne „Curuś, wiem że chcesz wszystkich uszczęśliwić, ale nie pokazując bólu wcale go nie zniszczysz” zawsze tak mówiła… Zawsze wiedziała jak się czuję. Potrafiła doradzić… tęsknię. Dlaczego do niej nie poszłam? Przecież wystarczyło chwycić jej rękę. Mogłabym być teraz z nią. Może nie musiałaby mi doradzać, pomagać podjąć trudne decyzje, bo by zwyczajnie już nie było problemów. Myśląc tak chyba usnęłam gdyż nie pamiętam co się dalej działo.
[Selena]
 Wierzyć jej czy nie wierzyć? Przecież Demi nigdy nie mówiła że jej źle. Ona nigdy nie chciała robić kłopotu innym co jest według mnie zwyczajną bzdurą gdyż jest jeszcze więcej kłopotu bo się wie że z kochaną Demuchą coś się dzieje a ona nic nie mówi. Yyy… moje myśli są trochę dziwne ale to chyba wina tych trzech kaw. Ale wracając  do  sprawy to dalej zastanawiam się czy jej wierzyć czy nie. Ale myślę że raczej wierzyć, bo przecież ciocia by nam coś powiedziała. Ehhh… kochana ciocia. Znaczy dla mnie to nie ciocia ale jak jestem u Demi to ona traktuje mnie tak jak własną córkę. Z reszta Jonasów też no tylko nie jak córkę tylko jak synów. Chociaż ciekawie by wyglądali w rolach dziewczyn ^^. No i prawdę mówiąc to samo dzieje się z moją mamą i mamą Jonasów. Więc tworzymy wielką rodzinę. Można by z tego książkę napisać, ale taką fajną. Taką naprawdę fajną. No i znowu wkraczamy w głupie rozmowy myśli Panny Seleny Marii Gomez z Meksykańsko-Francusko-Koreańskimi korzeniami. Z rodu… z rodu… z rodu Gomezów. Tak z rodu Gomezów. Mój pra, pra, pra, pra, pra… pra, pra Dziadek Seleneusz Gomezusz V Wielki był królem… matko, Selena weź się puknij w łeb, albo najlepiej nie pij już więcej kawy. Bo za niedługo okaże się że ‘mleko to suszona mąka’ {przyp. aut. inf. Kaja (moja tii) <3]
-Tak jakoś dziwnie nie ma tematów. –powiedział szeptem Nick gdyż biedna Demucha spała.
-No racja, nie ma o czym rozmawiać. Trochę to nienaturalne bo przecież zawsze mamy tematy do rozmowy… -odpowiedziałam tak samo szeptem.
-A ja myślę że my po prostu jesteśmy za bardzo zmęczeni i nie mamy siły na rozmowę. –odpowiedział tym razem Joe, który ostatni w ogóle dziwnie mało mówi.
-Może to i też prawda. Jak myślicie wyjdzie z tego? –zapytałam od tak żeby było o czym rozmawiać.
-Dlaczego by niby miała  nie wyjść? –na moje pytanie odpowiedział kolejnym pytaniem Kevin.
-Sama nie wiem… Tak tylko głośno myślę. Przecież lekarze nie dawali jej szans.
-Ale ona jest silna i wyjdzie z wszystkiego. – to zdanie wypadło z ust Joego. Który chwilę potem wyszedł i dość długo nie wracał.
***
[Nick]
-Co się dzieje z tym Joe? –zapytałem już trochę zdenerwowany gdyż chłopaka nie było ponad półtorej godziny.
-Jest dorosły… -odpowiedziała jak mało kiedy opanowana Selena.
-Dorosły to on jest ale tylko wiekowo, umysłowo to bym nie powiedział.
-Wiesz, w normalnym przypadku bym się martwiła… Ale widziałeś jak się przejmował stanem Demi, i widziałeś jaki był zmęczony, więc może poszedł się przewietrzyć, albo przemyśleć parę spraw, poukładać sobie coś, lub po prostu odpocząć.
-No może to i racja…   Ale wiesz jaki on jest? Kieruje się zawsze emocjami, kto wie co mu pod ich wpływem do głowy przyjdzie?
[Joe]
 Mam już tego dość. Nie mogą porozmawiać o Delfinach na przykład? To mnie już przerasta. Dlaczego nikt tego nie może zrozumieć?! …… Wyszedłem ze szpitala i skierowałem się na tył budynku. Wyciągnąłem z kieszeni papierosa i próbowałem go zapalić już chyba zużytą zapalniczką.To Demi nauczyla mnie palić. Znaczy, ona nigdy nie chciała żebyśmy byli tacy jak ona. Nigdy nie chciała żeby którekolwiek z nas miało podobny styl życia do jej. Po prostu jak już dyła dobrze wstawiona i gdała różnorodne rzeczy, powiedziała że papierosy dają jej ulgę, i wewnętrzne wyciszenie. Gdy wychodziła (dobra wyprowadziłem ją) zapalić, namawiała mnie do spróbowania. Uległem. Ale tej rzeczy nie żałuję. Naprawdę pomagają. … Rozmyślania przerwała mi rozmowa pielęgniarki z lekarzem, którzy na dodatek zajmowali się Demi. Przybliżyłem się do okna, i jak to ładnie mówią „zbierałem informacje innych ludzi”, no ok…. po prostu podsłuchiwałem.
-Mam tu zdjęcia pacjentki. –powiedziała młoda kobieta,
-Jakiej? –zapytał lekarz, mało zainteresowany sprawą.
-Demi Lovato.
-Ahhhh….
-Coś nie tak.
-Szkoda mi tej dziewczyny, jeszcze przed nią długa droga.
-Myśli pan że operacja się jej nie uda? Co wtedy z nogą? – Co?! Jaka operacja?! Jaka noga?! Tyle pytań zero odpowiedzi.
-Tu nie chodzi tylko o nogę. Sprawa wygląda gorzej bo jest tylko 25% że operacja się uda. A 75% że jednak się nie uda. Jeśli się nie uda to…
-To dziewczyna może stracić także czucie drugiej nogi.
-Tak dokładnie.
-Ciekawe jak się czuje z wiedzą że ma aż 75% szans na to że nigdy już nie będzie chodzić.
-Ja myślę że teraz jest tak słaba że raczej przejmuje się bólem niż brakiem czucia nogi. –odpowiedział Doktor wychodząc z sali. … Czy ja dobrze słyszałem? Czy Demi? Czy ona może… zostać kaleką?! Przez jednego Debila może już nigdy nie chodzić?! … Złamałem papierosa i rzuciłem go na ziemię. Założyłem kaptur na głowę i poszedłem załatwić coś co już sobie dawno obiecałem.
 …
 Gdze go mogę znaleźć? Hmmm… idioto może w domu? Bez problemu wszedłem do szesnasto piętrowego domu. Wyjechałem winda na 14 piętro i powolnym krokiem jakby nigdy nic (mając w myślach dużo różnych myśli) szłem pod mieszkanie nr 204. [tak, tak, dokładnie pamiętam gdzie ten sukinsyn mieszka. No ale często chodziła do niego Demi, i często było tak że za dużo wypiła żeby wracać, więc ją brałem…] Zacząłem walić w drzwi jak opętany, po jakiejś minucie zamieiłem swoje myśli w słowa… Wrzeszcząc i delikatnie nazwać „pukając” narobiłem niezłego hałasu.
-Ej, Joe… Greg’a nie ma. –powiedział mój stary kumpel który akurat miał mieszkanie obok tego gnoja. Pewnie wyszedł bo mu przeszkadzałem w odsypianiu wczorajszej nocy. Ehh… nawet jeszcze dobrze nie kojarzy o co chodzi.
-Jak to? –zapytałem jak jakiś niedorozwinięty.
-No normalnie. W prawcy jest. –powiedział, a ja pędem ruszyłem się w stronę wyjścia. Mimo dośc długiego upływu czasu emocje mi nie opadły, wręcz przeciwnie, za każdą sekundą miałem coraz większą ochotę go zabić. No i oczywiście po to jechałem. Bez problemu wszedłem do klubu w którym pracował Greg. Widząc go samego za barem powędrowałem w jego stronę z chytrym uśmieszkiem.
      
Wiem że zawaliłam cały rozdział. Głównie to chyba końcówką
która miała byc dłuższa i bardziej interesująca.
Lecz z powodu małej ilości weny i czasu który mogłam przeznaczyć
na pisanie bloga napisałam wlasnie coś takiego.

1 komentarz:

  1. Ty zła kobieto! Czemu nie ma tak długo notki?
    A rozdział jest cudowny! =*** nie wiem dlaczego myślisz inaczej. =(
    Dodaj szybko nową notkę. =(
    Nie próbuj zawieszać jakiegokolwiek bloga!
    Selcia<3

    OdpowiedzUsuń