wtorek, 4 września 2012

1.Zaraz go nie będzie.


[Demi]
 ~Coś ty z sobą zrobiła?
 ~Ty jesteś kompletnie pijana!
 ~Daj jej spać, i tak nic nie kontaktuje.
 ~Dlaczego się tak zmieniłaś?
 ~Jesteśmy z tobą, i zawsze będziemy. Doceń to.
 ~Co ci to daje?
 ~Nie dasz radę całe życie uciekać od problemów.
 ~Jak ja mam ci to wytłumaczyć, że do cholery nie jesteś sierotą!
 ~Co te narkotyki robią w twojej kurtce?
 ~Śmierdzi od ciebie papierosami!
 ~Co, filmik się urwał?
 -Demi, proszę nie rób mi tego. Wiesz że jesteś bardzo ważna. Dlaczego ty się nie obudzisz! Ty nie możesz. Pokaż że ci wszyscy lekarze się mylili. Proszę. -poza szumem który rósł w mojej głowie i wnerwiającym pikaniu aparatu w szpitalu słyszałam ten głos. Łamiący się głos mojego przyjaciela. Co się dzieje? Co z tamtymi głosami? Co z tamtymi wszystkimi zdarzeniami. Widziałam całe moje życie widziałam wszystko. Teraz słyszę coś, coś innego. To Joe. Ale, dlaczego on jest taki smutny? Czy ja go aż tak zraniłam? Ja do cholery ni nie wiem.
-Demi, Demi, Chodź do mnie, Chodź do mnie. Chcesz tego. Tęsknisz. Razem będzie nam łatwiej. Demi chodź. -drugi głos który przypominał moją mamę. Tak to była ona. A to jest jej dłoń. Mogę być z nią! Tak! Nareszcie.
-Demi, nie! Zawołać lekarza. Ona nie może umrzeć. Demi! Demi! Lekarz! DEMI!
-Znowu on. Jego głos. Ale tym razem w tle było słychać ciągły sygnał także aparatury szpitalnej. Tylko że tej która kończy życie.
-Proszę się odsunąć. -tym razem słyszałam spokojny męski głos.
-Demi! -on.
-Proszę ją zostawić!
-Joe, puść ją. -czy to, tak to na pewno Nick i Selena.
-Dziękuję.
-Zostawcie mnie. Nick! Kevin! Puśćcie mnie! -Joe
-Joe opanuj się. Tak jej tylko szkodzisz.  -Selena
-Potrzebna adrenalina! -znowu ten oby głos.
-Proszę wyjść.-teraz też obcy głos ale to jakaś kobieta.
-Dobrze.
-Nie! -Joe.
-Proszę się nim nie przejmować. Zaraz go nie będzie. To tylko z nerwów.
-Dobrze rozumiem. W końcu może zaraz stracić najważniejszą osobę w swoim życiu.
-A z kąt pani wie?
-No raczej gdyby była mu obojętna to by tak nie reagował. Przyniosę coś na uspokojenie. -Dalej już nic nie pamiętam głosy były rozmamane aż w końcu nic nie słyszałam. To samo też stało się z aparaturą która znowu zaczęła pikać. Chciałam wstać, i wykrzyczeć wszystkim że to jest żałosne. Że dalej nie wiem gdzie jestem i o co chodzi. Że ten dźwięk mnie wkurza. Ale nie mogłam. Ja Demetria Devone Lovato NIE MOGŁAM! Gdy tylko zaczynałam otwierać oczy, albo usta, pojawiała się pewna blokada, i obraz matki, której z niewiadomych przyczyn mam dość. A przecież tak chciałam z nią być, tak chciałam by znów było tak jak dawniej. Ale oczywiście wszystko musiało się zepsuć!

[Selena]
-Już minęły dwie godziny, a o Demi ani słowa. Joe jest już trochę spokojniejszy bo dostał silne leki uspokajające.
-Doktorze co z Demi? - zapytał spokojnie Kevin.
-Przepraszam, ale nie zajmuję się tą pacjentką, proszę zapytać innego lekarza.
-A może mi pan powiedzieć gdzie jest taki lekarz!- tym razem Kevin się wkurzył, co prawda nie dziwię mu się. Bo Już chyba pytał 5 lekarzy. Poszedł. Co to za szpital, ja tu zaraz dostanę szału.
-Tak nie można czekać!-krzyknął łamiącym się głosem Joe. -Dlaczego oni nic nie mówią! Do cholery to nie jest odludzie!
-Pewnie jest w okropnym stanie, albo nawet...-zaczęłam mówić ze łzami w oczach. Nawet nie wiem dlazego to mówiłam. Przecież w to nie  wierzyłam. Albo i nawet tak.
-Co ty gadasz! z nią jest wszystko ok.- przerwał mi Joe.
-Doktorze, czy do cholery powie nam ktoś co się dzieje z naszą przyjaciółką!-tym razem krzyknął Nick, wyraźnie zirytowany naszą rozmową.
-No więc ...-zaczął niepewnie lekarz, Joe od razu podniósł głowę. W jego ozach były nikłe iskierki nadziei. - Demi jest w bardzo ciężkim stanie. Walczyliśmy o jej życie. Ale nie będę owijał w bawełnę. Z panną Lovato nie jest dobrze. Niestety, ale już za długo czekamy. Jeśli nie obudzi się w ciągu dwóch dni będziemy zmuszeni...
-Można do niej wejść?-zapytał cicho Joe. Widać było że głos się mu łamie. Nie chciał słyszeć tego co lekarz ma do powiedzenia. I może i dobrze że mu przerwał?
-Tak można. Ale tylko jedna osoba. -popatrzyłam na Nicka, a potem na Kevina, i następnie wszystkie spojrzenia skierowanie zostały na Joego. Który natomiast po przeskanowaniu słów lekarza, zerwał się z miejsca i szybkim krokiem wpadł do sali gdzie leżała Demi.
-No to chodźmy do bufetu. Ciepła kawa nam się przyda.- po wypowiedzeniu tych słów przez Nicka, wszyscy zgodnie skierowaliśmy się w stronę bufetu.

[Joe]
-Weszłam do sali w której leżała Demi. Widok przeraził mnie jeszcze bardziej niż wtedy gdy widziałem ją pierwszy raz po wypadku. Była bardziej blada, i bardziej wykończona? Usiadłem koło jej łóżka (na podłodze) nie miałem na nic sił, nie miałem sił nawet się na nią popatrzeć. Chwyciłem jej rękę i oparłem głowę o łóżko strasznie twarde łóżko szpitalne. Zamknąłem oczy czując że napływają mi do nich kolejne porcje łez. Tak, dokładnie ja płakałem, to wszystko mnie przerasta nie daję sobie rady. Już nawet nie mogę uwierzyć że ona przeżyje. Przecież lekarze mało kiedy się mylą. Tylko że ona po prostu nie może umrzeć! Boże słyszysz mnie?
-Demi, ty nie możesz, nie tu nie teraz. Błagam-wyszeptałem ledwo słyszalnie, nawet ciężko było mi mówić miałem potworną chrypkę której towarzyszył ból gardła. Zaledwie pięć dni temu myślałem że człowiek może zrobić wszystko. Że jeśli mu naprawdę zależy to mu się to uda. Zawsze byłem pewny że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwej, że nigdy nikt i nic mnie nie przełamie. Byłem kurwa takim optymistą że aż nie widziałem rzeczywistości. Jak widać myliłem się. Człowiek nie ma wpływu na swoje życie. Już od urodzenia ma podpisany swój los. Tylko dlaczego to tak boli? ...

[Demi]
 Nic nie widzisz, nic nie wiesz, jesteś jakiś odosobniony. Możesz słyszeć tylko ból innych ludzi. Kiedy nie masz siły na to na co kiedyś nie chciałeś mieć siły, rozumiesz że tak naprawdę to nie ty kierujesz życiem, tylko życie tobą. Gra w coś z tobą, a ty nawet nie wiesz w co, mimo tego że masz największe udziały, nie masz pojęcia po co. Ale czy to jakieś kasyno jest.
 Czuję jego dotyk, jego nierówny oddech, jego perfumy, słyszę ale nie mogę zobaczyć, uspokoić, ja się nawet ruszyć nie mogę. Za każdym razem kiedy myślisz że już dasz radę, że jesteś w pełni sił, że już wszystko się ułoży, pojawia się siła która to doszczętni niszczy. A ty próbujesz od nowa, i od nowa,  i od nowa...

[Joe]
 Twoje szczęście jest blisko, jest blisko, nie przegap, jest blisko. W głowie huczały mi te słowa z mojego pięciominutowego snu. Może to był jakiś proroczy sen, bo właśnie teraz Demi delikatnie poruszyła ręką, i jeszcze jej tak brwi drgają. Tylko nie mam pojęcia czy to nie sen. Albo jakieś chore wymysły mojej wyobraźni.
-Joe?...-usłyszałem ledwo co słyszalny głos, tak jej głos, ona żyła, patrzyła na mnie ledwo co otwartymi i wykończonymi oczami. Po raz kolejny do moich oczu zaczęły napływać łzy, tylko tym razem łzy szczęścia. Tym razem miałem więcej siły więc bez problemów pozbyłem się babskiej natury, i już nie musiałem pokazywać swoich uczuć wszystkim dookoła.
-Co ja tu...
-Ty miałaś poważny wypadek. No właściwie to nie był wypadek. Kiedy byłaś na tym moście nad ulicą, to wtedy Greg no on zepchnął cię na z mostu. Nic by ci się nie stało bo ten most nie jest tak wysoki, ale akurat jechało auto, i ty no... -zacisnąłem mocno powieki by nie dać się po raz kolejny oczywiście, wydostać się łzą, nie mogłem nawet dokończyć,... Demi najwyraźniej widząc moje zachowanie, położyła rękę na mojej i lekko ścisnęła.
-Przepraszam.-wydukała
-Za co? To ja cię przepraszam. Ale po prostu nie mogę, gdy widzę ten obraz, to wszystko działo się tak szybko, ten krzyk, pisk opon, komentarze ludzi. A to wszystko moja wina. Gdybym nie był tak zapatrzonym w siebie kolesiem, to bym nie musiał szukać prostownicy, wyszedłbym wcześniej. Nie doszło by do tego.
-Przecież to nie jest twoja wina. Tak się po prostu miało stać. Nie masz prawa się winić. 
[...]

     
Ble, ble, ble...
Przykro mi że musicie czytać te wypociny.
Już zakończyłam ten rozdział bo nie miałam
siły go dalej dłużyć.
Taki smutaśny on jest i bezbarwny
nie podoba mi się.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz